O autorze
Nazywam się Mirosław Cichy. Od lat moim życiem zawodowym rządzi polityka, choć wcześniej była to motoryzacja. Dziennikarzem nie zostałem z przypadku, a z własnego wyboru. Chciałem pracować w telewizji, co ziściło się jednak dopiero po latach. Najpierw było radio - Polskie, potem RMF FM i PLUS. Po drodze była jeszcze prasa. I w końcu, w 2003 roku, wylądowałem w TVP. Głównym moim zajęciem są polityczne newsy i publicystyka. Byłem też sprawozdawcą parlamentarnym, gdy telewizja transmitowała obrady Sejmu. Ale w każdej wolnej chwili, gdy już zgasną kamery i światła, a ja mam jeszcze odrobinę siły i energii - oddaję się swojej pasji - majsterkowaniu. Zaczynałem od naprawiania wszystkiego co się psuło i od robienia tego, co pokazywał w TVP Adam Słodowy. Pasjonuje mnie odnawianie różnych staroci, wymyślanie i budowanie czegoś z niczego. Im jestem starszy, tym te projekty są coraz poważniejsze, a moja wiedza i doświadczenie coraz większe. Właśnie tym wszystkim czego się nauczyłem, do czego sam doszedłem i co potrafię - chciałbym się z Wami podzielić. Bo choć fizycznie takie hobby potwornie męczy - psychicznie cudownie odpręża.

Drugie życie Singera, czyli budujemy stolik

Fot. Mirosław Cichy
To miała być szybka renowacja starych nóg z babcinej maszyny do szycia Singer. Miał z nich powstać stolik do ogrodu. Po kilku miesiącach czyszczenia z rdzy, rozkręcania, malowania pędzlem, efekt był jednak tak koszmarny, że... renowację zacząłem od nowa. Dopiero po tym powstał piękny stolik. Ale do ogrodu już nie trafił. Jest ozdobą mojego salonu.

Kilka dni temu kupiłem żeliwne nogi starej poczciwej Singery. Co ciekawe, nie maszyna a same nogi są najdroższym elementem. W sieci trzeba za nie zapłacić co najmniej 150-200 zł. Oczywiście za modele przed odnowieniem. To już kolejne moje nogi.
Bo jedne już mam. Stały wiele lat w wodzie, w wilgotnej piwnicy. Wziąłem, bo żal było wyrzucać na śmietnik, albo na złom. Powstała szybka koncepcja – po powierzchownym oczyszczeniu miały stać w ogrodzie. Bez zadęcia, bez specjalnego nakładu pracy i środków.
To nie miała być profesjonalna renowacja. Skończyło się zupełnie inaczej.
Najpierw myślałem, że pod grubą warstwą rdzy, na nogach, znajdują się jakieś ozdobne kule. Okazało się jednak, że schowały się tam koła. Próba rozebrania na poszczególne elementy skończyła się fiaskiem. Dlatego najpierw zabrałem się za czyszczenie.



Metalową szczotką na kilka sposobów – ręcznie, na wiertarce albo na szlifierce kątowej. Zajęło to sporo czasu a efekt był średnio dobry. Do bardzo dobrego sporo brakowało. Oczyszczona, po zabiegach różnego rodzaju odrdzewiaczami, nogi dały się wreszcie rozkręcić. Wtedy mogłem ją zacząć malować. Wybór padł na farbę nakładaną bezpośrednio na rdzę. Pędzlem, bo gruba warstwa, pomyślałem, nie będzie tak szybko schodzić. Sprayem trzeba nakładać kilka warstw. Efekt jednak był taki sobie, żeby nie powiedzieć koszmarny.

Doszedłem do wniosku, że renowację trzeba... zacząć od początku. Wtedy ktoś polecił mi malowanie proszkowe. Okazało się też, że zamiast znowu czyścić szczotkami, najlepiej całość wypiaskować. Od tego momentu większość rzeczy, które odnawiam właśnie piaskuję.

Malowanie proszkowe – to zupełnie inna bajka niż to co osiągnąłem wcześniej. Farba jest mocna, nie schodzi, nie odpryskuje, nie blaknie. Kolor do wyboru. Mój – młotkowy brąz.
Teraz blat. Tu panuje zupełna dowolność. W Internecie można znaleźć wiele ciekawych projektów – od drewna, przez metal, marmur (czy tym podobne produkty) aż po szkło. Zależy co i komu pasuje do wystroju wnętrza. Ja wybrałem drewno. Zwykła świerkowa półka, tzw. klejonka, kupiona za kilka złotych w markecie budowlanym. Malowana lakierobejcą (za którą nie przepadam) w kolorze dębu. Malowałem drewno pędzlem, ale warstwami, pozwalając lakierowi łagodnie się rozlać. Powstał bardzo ładny, stary, zabytkowy, z duszą ozdobny stolik. Może też służyć jako niewielkie biurko. Następnym razem być może wybiorę blat z grubego szkła. Jak już się uporam z renowacją nóg.


Trwa ładowanie komentarzy...